Sierpień

W pracy atmosfera, jakbym zabiła szefowi matkę. Z dnia na dzień niby trochę luźniej, ale chłód jest bardzo wyczuwalny.

Rozmowa z ciocią Izą, jej nagłe …czasami popełniamy błędy, których żałujemy, a których nie da się naprawić. Ja po śmierci mamy zbudowałam wokół siebie mur i teraz wiem, że to był błąd. Że nie umiem iść do przodu. Wciąż stoję w miejscu, a tak nie można. Wiem że ten mur nie był dobry ani dla mnie, ani dla tych najbliższych. Gdybym mogła to zmienić, to postarałabym się nie zamykać się w sobie. Pohamować gniew i żal. Bo to zniszczyło pewne rzeczy i nie da się ich już naprawić, chociaż się próbuje… To chyba najbliższa „przepraszam” rzecz, jaką kiedykolwiek od niej usłyszę. Byłam tak zdumiona tym co mówi, że nie wiedziałam, jak zareagować.

Próby spotkania się z Anią z okazji Perseidów nie wypaliły. Ale widziałyśmy się wcześniej na małej pizzy.

Dużo zamieszania z wierceniami, urodzinami cioci Krysi i wujka Mariana… Wujek obchodził 70 urodziny, pięknie wyglądał w garniturze… Tak żałuję, że babcia tego nie dożyła, jej ukochany, najmłodszy brat. Z drugiej strony, gdyby żyła, sama w przyszłym roku miałaby lat 80. Nie umiem sobie tego wyobrazić.

Sprzedałam dziś te dwa worki książek, które stoją we wnęce od kiedy się wprowadziłam. Ada powiedziała wtedy, żebym tego nie robiła, że skoro nie wiem, co tam jest i czy warto to trzymać, to przejrzymy to kiedyś razem. Jakoś nigdy się nie udało. Wyniosłam je dziś, razem z kilkoma moimi książkami, mam trochę wyrzutów sumienia. Nie ma z tego nawet 50 zł. Dorzucę różnicę i dam na ofiarę, jak będę zamawiać mszę za babcię.

Spotkanie z Maríą w Gdańsku. Kiedy wyjeżdżałam, miałam ochotę kopnąć się w głowę, bo to czysta głupota, po co taki wysiłek dla kilku godzin zaledwie, dla dziewczyny, z którą przecież nie mam żadnej sensownej relacji… Ale te relacje erasmusowe takie są, inne prawa, inna dynamika, inne emocje, inne więzi. Ostatecznie był to niezwykle przyjemny, sympatyczny, wzruszający dzień.

Dwa dni u Beaty, Michaś już prawie-prawie gotowy w brzuszku, za jakieś półtora miesiąca powinien być już z nami. Tymczasem Kinga robi się coraz bardziej charakterna i cwana. Podziwiam Beatę (jak każdą matkę) za tę stanowczość i umiejętność nieulegania małej i jej próbom szantażu/wymuszania/unikania/itd.

Myślę o M. Ślub. Nie mam pojęcia jak się czuje, jak to przetrwa. Jest silna, ma wiele za sobą, życie uczy, że z jej naturą i z tym sobie poradzi. Kiedyś. Kiedyś to będzie za nią, ale teraz wciąż jest w środku burzy i takie słowa o sile i przetrwaniu to tylko irytujące bzyczenie, puste pitu-pitu. Wciąż milczymy. Nie odzywam się, nawet w tym bolesnym czasie, bo poza pamięcią nie mam nic do zaofiarowania. A to zdecydowanie za mało, zwłaszcza w tej sytuacji. Zresztą, nawet gdybym była zdolna do czegoś więcej, to nie sądzę, żeby M. chciała mnie widzieć przy sobie. Tak więc nie ma mnie. Pamiętam w modlitwie. Wybieram się w niedzielę do Piekar, przede wszystkim w intencji zdrowia M. Ponoć pogoda ma być fatalna. Zobaczymy.

Adaś ma drugi egazmin na prawko w środę. Spędzamy ze sobą dość dużo czasu ostatnio.

Pora na podsumowanie do RGRC ale tak mi się nie chce…

What ever happend to…?

Cztery miesiące ciszy na blogu i już nigdy, nigdy, nigdy nie odtworzę tego co przepadło. A na pewno coś przepadło. Na pewno wśród takich samych dni i godzin działy się rzeczy, które chciałabym zapamiętać. C’est la vie. To se ne vrati.

Seminarium Odnowy Wiary było bezsprzecznie tym najważniejszym, co działo się do połowy czerwca. Mocno w cieniu będącej z powrotem w Rudzie Oli, praktycznie od początku do końca opowiadające o relacjach, pozwalające zrozumieć i skonsolidować to co się rozpadło i skleiło we mnie w zeszłym roku.

Na fali Seminarium Odnowy Wiary i siłą rzeczy wynikającego z niego codziennego czytania Pisma Świętego popchnęłam mocno doktorat do przodu i na chwilę obecną jesteśmy już tuż-tuż blisko zakończenia, które zaczyna mnie przerażać, tak, jak mówi się, że tenisiści boją się wygrywać set/mecz, choć to przecież absurdalnie brzmi.

Dość dużo spotkań w tym czasie z Ewą i Małgosią. Ewa nie przestaje mnie.. zaskakiwać? Rozbawiać? Rozczulać? Chyba jej nieogarnięcie i poczucie humoru są tą mieszanką, która nie przestaje mnie ujmować. Małgosia wydaje się taka poukładana, a z drugiej strony taka dziewczęca. Obie sprawiają wrażenie zupełnie opanowanych w środku, zaznajomionych z tym jak działają relacje międzyludzkie, świadome możliwych obrotów sytuacji i krzywd, a zatem jakby na nie uodpornione. A także, co na chwilę obecną dla mnie najistotniejsze, wydają się być otwarte niezależnie od tego czy sytuacja jest sympatyczna, czy trudna. Nie bawiące się w podchody, gierki, zmilczenia, uniki, jasno komunikujące. Dojrzałe.

U Beaty w brzuchu Michaś rośnie, rośnie, rośnie, do października już tak niewiele czasu! Nie wyobrażam sobie jak to będzie z dwójką dzieci… I jak się obsługuje małego chłopczyka? Z małą dziewczynką to oczywiste, ale chłopczyk? To zupełnie obce, nieznane stworzenie! I co najgorsze w tym wszystkim – po co małym chłopczykom ciotki? Oni raczej wolą wujków…

Trochę zmian w pracy. Zaczęłam pomagać przy wierceniach, zmieniłam się w pracownika umysłowo-fizycznego. Udowadniam, że potrafię. Godzi to w męską dumę szefa i Waldka, ale jednocześnie jest dla Leszka bardzo opłacalne, bo każdemu innemu pomocnikowi musiałby zapłacić kilka razy więcej niż mnie. Kilka dni niemożliwego zapieprzu w Poznaniu, w deszczu, wilgoci i generalnym chłodzie, z krótkimi nocami, wczesnym wstawaniem i kilkunastugodzinnymi dniami pracy… Ale dzięki temu mogłam w końcu zmienić okulary, przez te stare, podrapane, niewiele już widziałam, cały Poznań na to poszedł. Podobnie w Łodzi, kilka intensywnych dni w tym rekordowe 72 m w ciągu jednego dnia, które dosłownie wyssały ze mnie życie, całe poszły na naprawę Saxofona, choć żeby pokryć całość, potrzebaby 4x tyle.

Ania wyprowadzona, widujemy się i rozmawiamy ze sobą bardzo rzadko, ale nie ma w tym nic niepokojącego, smutnego czy groźnego. Zasadniczo myślę, że nawet dobrze się stało, że wyjechała, to też pozwoliło zobaczyć parę rzeczy, zrozumieć co nieco. Wiem, że gdzieś tam jest i to wystarcza. Na ostatnim spotkaniu, chyba gdzieś w maju/czerwcu, wypiłyśmy niewiarygodną ilość piwa, Tomasz pociągnął Anię na spacerze, zdarła skórę z wieeeelu miejsc na ciele i wypomina mi do dzisiaj, że to moja wina.:P

Całkiem sporo spotkań z Agatką. Tyle lat to już trwa, nienazwane, a jednak bliskie, pewne, stałe, chciane z obu stron. Od samego początku Agatka jest dla mnie tak gigantycznym wsparciem, że jedyne na co mogę mieć nadzieję, to że udaje mi się jej odpłacić tym samym…

Piotr przyjechał na urlop (znów minęły 2 lata!). Widziałam się z nim, opowiadał o tym, jak teraz wygląda jego życie w Afryce, także o dość trudnych chwilach, których doświadczali jako wspólnota w zeszłym roku. Nasz kontakt bardzo się rozluźnił, już nie piszę do niego tak jak kiedyś, choć wciąż jest mi tak samo bliski. Czasem tęsknię za tymi latami, gdy każdy jego mail był długo wyczekiwanym wydarzeniem.

Absolutnie cudowne spotkanie z szefową z urzędu w czasie bożociałowego weekendu. Od pewnego czasu nosiłam się z myślą, żeby do niej napisać, bo, co tu dużo mówić, trochę się stęskniłam, choć prywatnie widziałyśmy się tylko raz… Ale, jak to ja, wahałam się, no bo jakiż w tym interes dla niej, żeby się ze mną widzieć… I w dniu, w którym zdecydowałam się napisać, niespodzianka!, ona napisała pierwsza. A potem wielogodzinne spotkanie, które wydawało się chwilą, czysta radość.

Ostatniego czerwca w Gliwicach na Placu Krakowskim miał być koncert Lady Pank. Pomyślałam, że najfajniej byłoby pójść na niego z Ewą i Małgosią. Zgodziły się, oglądałyśmy go z okien ich pokoju na naszym wydziale, odseparowane od tłumu, co z jednej strony troszkę zubaża doznania, ale dzięki temu dzieliłyśmy ten czas między naszą trójkę i bardzo mi się to podobało, to bycie opartą o parapet pomiędzy Ewą i Małgosią i nucenie pod nosem wszystkich tych starych, dobrych piosenek. Choć tata miał, niestety, rację co do kondycji zespołu. Muzycznie – bez zarzutu, ale wokalnie… bez komentarza.

Interesujące spotkanie z dziewczyną Karola, Małgosią, po którym nie bardzo wiedziałam czego się spodziewać. Z jednej strony mogło to być zwykłe babskie spotkanie, chęć poznania się bliżej i wypełnienia wolnego czasu ze strony dziewczyny, która jest tu zupełnie sama, kiedy Karol wyjeżdża na delegacje. Z drugiej strony, byłam przygotowana też na rozmowę w otwarte karty pt. Rozumiem-że-przyjaźnicie-się-od-lat-ale-nie-podoba-mi-się-jak-blisko-jesteście-więc-spierdalaj. Razem z Renią mamy trochę mieszane uczucia względem Małgosi, więc były momenty, że bardziej kuszący wydawał mi się scenariusz nr 2, bo trudno mi było sobie wyobrazić mnie i Małgosię jako nowe bff. Tymczasem, ku zdziwieniu mojemu i Reni, było to bardzo sympatyczne spotkanie, okazuje się że mamy dość dużo wspólnego i -  co może być podwaliną pod całkiem dobrą relację – Małgosia też uwielbia Gilmore Girls. Szykują się długie godziny wspólnie spędzone przed telewizorem.;)

Niewątpliwie nieodłącznym elementem ostatnich miesięcy są moje relacje z M. i jej mamą. Od kiedy Ola wróciła myślałam o tym dzień w dzień, dzień w dzień, aż do obłędu, próbując zrozumieć, co się ze mną dzieje i dlaczego reagowałam tak, jak reagowałam. Nasze ostatnie spotkanie było chyba najbardziej nieudanym spotkaniem w historii i myślę że w 100% jest to moja wina, choć nie ma to związku z moim brakiem zrozumienia dla choroby Oli, jak najwyraźniej myśli Ada. To jak było naprawdę nie ma zresztą większego znaczenia, bo – chyba trzeba to powiedzieć wprost – myślę że te relacje właśnie przestały istnieć, utopione w milczeniu, albo raczej w tym, co to milczenie wypełnia. I jeśli kiedyś w końcu dojdzie do jakiejś rozmowy, to raczej nie będzie już czego zbierać.

Stałam się złą kobietą, psucicielem zabawy i w ogóle synonimem wszelkiej przewrotności dla mojego szefa, ponieważ przedwczoraj złożyłam wymówienie. Od września zaczynam nową pracę.

W powietrzu wisi spotkanie po latach z Beatką B., którą spotkałam jakiś czas temu na referacie przeddoktoratowym Kasi S. Byłoby miło wymienić plotki i odnowić znajomość.

W sierpniu María przyjeżdża do Polski na ślub, będziemy się widzieć przez chwilę w Gdańsku. Po 4 latach! A w przyszłym roku, jeśli ta praca będzie tym, czym ma być, może w końcu uda mi się uzbierać trochę kasy i polecieć do Hiszpanii, do Marii, do Oviedo… Albo do Turcji, do Ayçy i Gözde… Mmmm… marzenia…:)

Małe rzeczy

Wielkie słowa, puste gesty.

Oto co od wielu miesięcy plącze mi się po głowie, kiedy myślę o moich relacjach i relacjach w ogóle. Ile takich słów i gestów ja wykonałam wobec innych? Obietnic, że zawsze, że nigdy, że jesteś, że będę – ile ich usłyszałam?

Na ten moment – nie chcę tego. Nie chcę żadnych deklaracji. Żadnej emfazy, egzaltacji.

Małe rzeczy. Cieszę się małymi rzeczami, więcej dla mnie znaczą niż największe słowa. Unoszą mnie do góry, uskrzydlają, trzymam się ich kurczowo, wracam do nich nieustannie. Wolę ogrzewać się małym płomykiem, niż spalać w wielkim ogniu.

Dzieje się to głównie w relacjach, które są nieukonstytuowane. Nie padły między nami żadne wielkie słowa. I – mam nadzieję – będzie tak jak najdłużej.

W zeszłym miesiącu byłam umówiona w Gliwicach z Ewą i Małgosią na małą, spontaniczną kawę. U Ewy. Kiedy przyjechałam, akurat wychodzili jacyś jej znajomi, których nie znałam. Kiedy nas sobie przedstawiała trochę się zakręciła i mówiąc To jest Agata wskazała na swojego kolegę, zamiast na mnie, na co on ze śmiechem powiedział Ja nie jestem Agata. Ewa się zaśmiała i powiedziała Nie, nie jesteś. I, wskazując już na mnie, dodała To jest moja Agata. Tylko tyle. Moja. Nikt nie zwrócił na to uwagi, tak naturalne to było.

Troszkę tego było ostatnio ze strony Ewy. Tego samego wieczora dostałam od niej obiecane już wcześniej poduszki i obrus, po czym spytała czego mi w domu brakuje. Ja, jak zwykle onieśmielona takimi gestami, nie bardzo umiałam cokolwiek powiedzieć, nie potrafię też tak po prostu zacząć wyliczać brakuje mi tego, tego i tego. W końcu rzuciłam, że nie mam firan. Ewa przejrzała firany od koleżanki (no tak, te poduszki to od koleżanki, która likwidowała dom, Ewa sobie urządziła sypialnię jej meblami :P; ale obrus był Ewy), po czym zaczęła przeglądać swoje, w jednym pokoju, w drugim pokoju, pytać męża gdzie są te firanki, które wisiały wcześniej tam a tam, to było takie kochane…

Wcześniej kilkakrotnie Ewa opowiadała mi przez telefon o remoncie (właśnie ta sypialnia), przy okazji remontowali też mały pokój, który był składzikiem, a który miał się stać teraz sypialnią dla gości. Tak więc następnym razem, jak będziesz u nas spać, to już nie u mnie w „gabinecie” tylko w tym pokoju. I luzik, to mnie nie powala na kolana, ot, zwykła informacja. Tylko że za każdym razem wspominając o tym pokoju, zamiast nazywać go małym pokojem/remontowanym pokojem/niebieskim pokojem/pokojem dla gości, gdzie każde z tych określeniem doskonale pozwoliłoby mi się zorientować, o jakim pomieszczeniu mowa, Ewa zawsze mówiła pokój, w którym będziesz spać. Zawsze tak.

Widziałam się ostatnio ze 40 minut z panią Krysią (o tym pewnie innym razem). Przytuliłyśmy się na powitanie. Ja – wiedząc że Krysia nie przepada za zbytnim fizycznym spoufalaniem się – chciałam się po chwili wyplątać z uścisku. Ale ona mnie trzymała. I jeszcze potem pocałowała w policzek. Tylko tyle. To ona mnie przytrzymała.

Ania jest mistrzynią takich małych momentów. Siedząc przy komputerze szukałyśmy mieszkania w Oświęcimiu, bo facet, z którym była umówiona wystawił ją do wiatru. Rozmawiamy o głupotach, Ania próbuje sobie na głos jakoś poukładać pewne sprawy, po czym ni z gruszki, ni z pietruszki cichutko rzuca jedno słowo: Przyjedziesz? Jakiś czas później, analizując gdzie to mieszkanie leży, co jest w okolicy, jak daleko będzie miała do pracy, zobaczyłyśmy że tuż obok jest park. Bardzo się ucieszyła, już robiła plany, że z psem będzie gdzie pójść na spacer, nawet na chwilę, coś tam coś tam, po czym znów nagle, innym głosem: Pójdziemy do parku? Dwa krótkie, celne pytania zadane w chwili, kiedy wydaje się, że w ogóle nie będzie w tej nowej rzeczywistości przestrzeni dla nas.

Gdyby się mnie ktoś zapytał czym ostatnio żyję, co mnie wewnętrznie napędza, to byłaby moja odpowiedź.

(Ostatnia?) niedziela

Zapowiadała się tak dobra niedziela.

Poszłam do taty na obiad. Zadzwoniła Ania z propozycją małego spontana, umówiłyśmy się na 16 bo ja na 15 na mszę. Po chwili zadzwoniła Agatka co robię i czy mam czas, więc po obiedzie na chwilę do Agatki, potem msza i Ania.

What could possibly go wrong?

Zadzwonił telefon Ani, musiała oddzwonić, bo to z domu. Zajęłam się sobą, docierały do mnie zresztą jakieś fragmenty rozmowy, które zupełnie nie miały sensu. Coś jakby miała przenosić konia do innej stajni? I że nie będzie mieszkać z rodzicami, że ma swoje życie i że zatrzyma się u nich tylko na chwilę, póki nie ogarnie mieszkania? Gdzieś w Zatorze? Nie wsłuchiwałam się w to, bo nie umiałam i tak w żaden sposób sobie tego wytłumaczyć. Znając Anię, wiedziałam, że pytanie nie do końca ma sens, bo jak będzie chciała powiedzieć, to i tak powie, a jak nie – to odpowie, że nie chce o tym gadać.

Kiedy odłożyła telefon zaczęła się ubierać, bo i tak miała wychodzić. I już praktycznie w drzwiach, z uśmiechem na ustach, mówi: Aaa właśnie.. Bo ty jeszcze nie wiesz. Wyprowadzam się! Krótkie chaotyczne wyjaśnienia, że koń Karino to przyśpieszył, że i tak miała się wyprowadzić, że musi zmienić pracę, że będzie przyjeżdżać na weekendy póki ma studia i że mieszkanie w Zabrzu sobie zostawi. Zaprotestowałam lekko pół żartem, pół serio, widząc, że nie ma co robić dramatu, bo Ania usposobiona zdecydowanie niedramatycznie, pośmiałyśmy się jeszcze i poszła.

Smutek.

Obezwładniający, głęboki, łamiący serce smutek. I myśl, że zachowuję się jak idiotka, bo czuję, że najchętniej bym usiadła i się rozpłakała. Tylko dlaczego? Przecież Wadowice i okolice to nie koniec świata, a z Anią znamy się jednak krótko i nie ma co dramatyzować. Napisałam jej smsa: Jeeee teraz mi smutno, bo nie umiałam tego zostawić bez komentarza, a to wydawało mi się jednocześnie na luzie, ale też wyrażające, że nie jest mi obojętna ta zmiana.

Smutno? To eufemizm. To jest koniec świata. Na pewno tego świata z ostatnich 9 miesięcy. Pomyślałam o tych wszystkich spontanach. O czasie na działce. O spacerach z psem. O jednej małej herbatce w środku tygodnia po siłowni/squashu/wspólnocie/radzie dzielnicy, która kończyła się zazwyczaj około północy. O odwiedzinach, jak dziś, znienacka po drodze do stajni. O telefonach w stylu Jesteś głodna? Bo zjadłabym coś. To będę za 15 minut i pojedziemy gdzieś na pizzę.

W ciągu tych 9 miesięcy można by chyba na palcach policzyć tygodnie, w których nie widziałyśmy się ani razu. Bo studia/sesja/uprawnienia/egzamin/cośtam. A wiele było takich, w których widziałyśmy się i 2-3 razy.

Pomyślałam też o tym, o czym Ania nie wie. O tym jak wiele dała mi jej obecność, jej entuzjazm i zachwyt mną w tych miesiącach, kiedy kwestionowałam wszystko na mój temat, a najbardziej już przydatność dla drugiego człowieka.

Przywróciła mi poczucie własnej wartości. Na nowo nauczyła śmiać się z siebie samej, bo mój dystans do siebie, ten szczery, nie na pokaz, zniknął gdzieś na przestrzeni ostatnich lat. I przypomniała mi jak to jest czuć się wolnym w relacji. W pełni wolnym, nie obciążonym oczekiwaniami, mogącym zawsze powiedzieć nie, wiedząc jednocześnie, że to nie nie zostanie odczytane jako nie dla niej, albo nie dla nas, tylko po prostu nie dla tej konkretnej sytuacji czy propozycji. No hurt feelings.

W odpowiedzi napisała: Mi też. Nawet sobie nie wyobrażasz jak płakałam w aucie.

Moana

Bardzo spodobały mi się trailery ostatniej produkcji Disneya – Moany (czy też Vaiany, jak się ją nazywa w Europie), zachwycona pokazałam je tacie i obiecał, że wybierzemy się razem do kina. Oczywiście nie miałam nawet złudzeń, że pójdziemy sami.

Mieliśmy pójść z okazji moich urodzin, tymczasem wybraliśmy się na początku grudnia, podczas święta kina – super tanie bilety. Okazało się, że towarzyszyła nam nie tylko Zosia, lecz także Weronika z Jagodą. Wielki, rodzinny wypad. Hurra. Przynajmniej tak usiedliśmy w kinie, że tata znalazł się obok mnie, mogliśmy zatem komentować między sobą, co się dzieje.

No nic. Moja bajka.

Podobała się nam wszystkim bardzo. Zabawna. Wzruszająca. Mądra. Pięknie animowana. Pejzaże zapierające dech. Bardzo dobrze oddane bazaltowe wzgórza (tak, to już skrzywienie zawodowe :P). Muzyka zapadająca w pamięć.

Bajka, która złamała mi serce.

Nic nie zapowiadało katastrofy, bo też w żadnym trailerze nie było oznak… Film otwiera opowieść babci. I już w tym miejscu drgnęło mi serce, ale – myślę sobie – ogarnij się, nie możesz płakać z miejsca na widok pierwszej lepszej babci. Biorę się w karby, dobrze jest. Cóż, kiedy w trakcie okazuje się, że babcia jest jedyną osobą w wiosce, która rozumie i wspiera bohaterkę, trzyma z nią sztamę przeciw ojcu, popycha ku marzeniom i przeznaczeniu… To wszystko wyszło dość szybko, równie szybko więc pojęłam, że babcia umrze. Na pewno. Zawsze tak jest. Takie babcie nigdy, nigdy, nigdy nie dożywają szczęśliwie końca opowieści.

Babcia, będąc w pełni sił, mówi Moanie z uśmiechem, że gdy umrze, powróci jako płaszczka. Tu już chyba moje hamulce puściły i płaknęłam sobie troszeczkę, cichutko. Niedługo później, po kolejnej awanturze z tatą okazuje się, że babcia się rozchorowała. Na łożu śmierci wysyła wnuczkę w świat, wbrew słowom ojca, ma wypełnić przeznaczenie ble ble, nieważne, widok babci chorej doprowadził mnie do skrajnych łez, Moana mówi, że nie może jej teraz zostawić, babcia odpowiada, że dokądkolwiek by nie poszła, zawsze będzie przy niej.

Przepadłam.

Zagryzione usta, bo nie wypada szlochać na głos w kinie na bajce dla dzieci.

Paznokcie wbite w oparcie.

Moana, nocą, po kryjomu, wypływa poza lagunę. Ogląda się za siebie, z wyspy nagle rozchodzi się białe światło, spływa ziemią do morza i pod łodzią Moany przepływa wielka, świetlista płaszczka. Babcia umarła. Ja ledwie widziałam na oczy, serce mnie bolało, to niedorzeczne, żeby bajka doprowadziła mnie do takiego stanu.

Teraz bardzo długo spokój. Dziewczyna realizuje swoją misję, akcja się toczy wartko, jest dobrze (również ze mną). I wtem… koniec. Nie udało się. Moana wątpi. Załamuje się. Chce zawrócić do domu. Jest środek nocy na środku oceanu, Moana płacze skulona na pokładzie swojej łodzi i nagle jej plecy oświetla delikatna łuna. Odwraca się. Babcia stoi na dziobie. Pociesza ją, mówi, że złożyła zbyt wiele na jej barkach, dziewczyna odzyskuje wiarę w siebie, decyduje się mimo wszystko spróbować raz jeszcze, wokół niej płyną łodzie-duchy wraz z jej przodkami, pod łodzią, oczywiście, wielka płaszczka…

To wszystko samo w sobie wystarczyłoby, ale jest jeszcze drugie dno – poruszyła mnie nie tyle śmierć babci, co jej duch towarzyszący wnuczce. Moja babcia opowiadała mi tyle historii o powracających zmarłych, o zmarłej matce, która przychodziła usypiać swoje maleńkie, nieustannie płaczące dziecko, znajdywali obok niego na poduszce odcisk głowy dorosłego człowieka; o swoim bracie, który po śmierci  przychodził do niej w nocy na kawę, tak jak zwykł to robić za życia, dzwonek do drzwi dzwonił, tylko on przychodził o takich godzinach; o mojej prababci, która bardzo rozpaczała po śmierci Basi, Basia we śnie prosiła ją, żeby nie płakała, bo ma już i tak bardzo dużo wody… kiedy krótko po pogrzebie otwarli grób, okazało się że stała w nim woda… Basia powiedziała też mojej prababci, żeby nie tęskniła tak bardzo, że ona sobie po nią przyjdzie. I faktycznie babcia umarła przed 60-tką, krótko po śmierci Basi. Było tych historii więcej i zawsze byłam przekonana, choć nigdy tego babci nie powiedziałam, że ona też będzie do mnie przychodzić, jak umrze, że mnie nie zostawi. No bo po cóż innego opowiadałaby mi to wszystko, gdyby nie miała zamiaru tego zrobić? Umarła… i nic. Nie licząc pożegnania, kiedy umierała, nigdy do mnie nie przyszła. A ja nieustannie czekałam, modliłam się, prosiłam, żeby choć raz, choć na chwilę, dlaczego, dlaczego, dlaczego nie…?

Przez całą drogę do domu nie odezwałam się praktycznie ani słowem. Trzymałam się resztkami sił, marząc tylko o tym, żeby przesiąść się do mojego auta i pojechać na cmentarz. Pod domem tata z Zosią zapraszają wejdź, zostań, posiedź. Tłumaczę, że nie mogę, że muszę na cmentarz, że poruszyło mnie to wszystko bardziej niż mogłabym przypuszczać. Tata niezadowolony, bo późno i ciemno. Żegnam się i jadę na cmentarz. Tam zaniosłam się płaczem, rozszlochałam na głos oparta o grób. Modliłam się, rozpaczałam, pytałam jej i Boga dlaczego nie ma jej ze mną, dlaczego nie może mnie pocieszyć, kiedy z tęsknoty nie umiem oddychać… I otrzymałam odpowiedź. Babcia nie może tego zrobić. Nie dlatego, że Pan Bóg złośliwie jej nie pozwala. Zrozumiałam, że to wyrządziłoby więcej szkody, niż pożytku. Nie zniosłabym tego. Jestem jeszcze za słaba, to wszystko jest we mnie zbyt świeże i zbyt bolesne. Babcia nie przychodzi, bo wiedzą – ona i Pan Bóg – że to by mnie skrzywdziło, to jeszcze nie ten czas. Kiedyś, gdy będę gotowa, albo gdy wydarzy się coś takiego, że będę jej potrzebować – tak. Będzie. Ale teraz musi mi wystarczyć świadomość, że modli się za mnie i jest obok niewyczuwalnie. To było jak objawienie. Nawet nie próbowałam się targować, buntować, bo z prawdą się nie dyskutuje. Wiem, czuję, że właśnie tak jest. Zalał mnie pokój, ból i rozpacz ustąpiły miejsca łagodnemu smutkowi. Wróciłam do domu.

Po raz drugi obejrzałam Moanę niedawno, z okazji Dnia Babci. Pomyślałam, że to będzie taki czas dla nas dwóch. Wzruszyłam się, oczywiście, ale w granicach normy. Myślę, że ogrom tamtych emocji zdarzył się nie bez celu, że był właśnie po to, abym mogła otrzymać odpowiedź.

Wspomnienia

Mózg działa w zadziwiający sposób. Frazes powtarzany przez wielu na całym świecie. Oczywiście wielkość tego stwierdzenia nijak się ma do maleńkiej kwestii, o której chcę napisać, ale bardzo dobrze oddaje moje zaskoczenie.

Otóż, zadziwiły mnie ostatnio pewne wspomnienia, które wypłynęły na górę, choć nie pamiętałam o nich od lat i można by przypuszczać, że przepadły już na zawsze.

Nagle, któregoś dnia, przypomniało mi się, że kiedy pracowałam w McD babcia pakowała mi obiad do pracy. Z reguły miałam zmiany 14-22, czasem wcześniejsze, udawało mi się zatem zdążyć do babci choć na chwilę, na rosół. Tak byłyśmy umówione – nie zdążymy z drugim daniem, ale przynajmniej zupę zjemy razem. Tymczasem zaskakiwała mnie, jak to ona – parę razy zdarzyło się, że kiedy przyszłam, babcia miała już gotowe drugie danie, choć godzina była na to zbyt wczesna. Gdy robiła leczo, wiedząc jak bardzo je lubię, robiła je wcześniej, choć sama jadła ok. 14, pakowała mi je do pojemnika, owijała ręcznikami, żebym mogła zjeść ciepłe w pracy. Kiedy rozpakowywałam je w crewroomie wszyscy mi zazdrościli. Płakać mi się chce, gdy o tym piszę, ale muszę to zapisać, żeby nie przepadło, tym razem już na zawsze.

Druga sprawa, która wróciła do mnie naprawdę z otchłani i zupełnie bez powodu (bo o babci jednak wciąż myślę, robię leczo od czasu do czasu, to są odpowiednie bodźce) – kiedy byliśmy w Turcji, chyba w Ayvaliku idąc o ścisłość, Karo zawstydziła młodziutkiego kelnera, który potem bał się do nas podchodzić przez resztę dni. Był naprawdę słodki, Karo się uśmiechała do niego, żeby go ośmielić i wynagrodzić mu, że tak go spłoszyła, ale chyba już więcej do nas nie podszedł. A poszło chyba o talerz, który chciał zabrać, Karo zatrzymała go, mówiąc, że jeszcze będzie jadła. Muszę zapytać o to Beatę, ona z reguły doskonale pamięta rzeczy, o których ja zapomniałam.

Update: październik-grudzień

Ten update miał być zrobiony ze 2 miesiące temu, tak mi było jakoś nie po drodze na bloga, spróbuję ogarnąć przynajmniej część spraw.

Październik rozpoczął się spotkaniem klasowym, na które pojechałyśmy razem z Beatą. Bez niej bym się nie wybrała, bo istniała szansa, że będzie tam K., a chyba sama bym nie udźwignęła presji. Po cichu liczyłam, że może będzie miała jakoś tak termin do porodu i później okazało się, że urodziła 3 dni wcześniej, więc Paweł wpadł tylko na chwilę i zaraz uciekł. Przy stole dojrzałe rozmowy o dzieciach – pierwszych, drugich, żłobkach i innych cudach i niewiele było nas, odszczepieńców, których to jeszcze nie dotyczy i którzy jesteśmy sobie solo – ja, Radek, Dziarek (chyba). Nawet Swacza szczęśliwie zakochany, mieszkający z partnerem i narzekający, że w Polsce nie ma pierścionków zaręczynowych dla mężczyzn.

Spotkanie było w Kuźni smaku na Wirku, trzy kroki dalej mieszka pani S. Nasza waćpanna Oleńka przekazała nam w pewnym momencie pozdrowienia od niej z hasłem ...bo ona tu mieszka niedaleko. Na co ja, nie umiałam się powstrzymać, odpowiedziałam Tak, wiem. I w tym momencie Beata kopnęła mnie pod stołem, obie o mało co nie parsknęłyśmy śmiechem. Kocham ją w takich momentach na zabój.:P

Reszta października upłynęła pod kątem coraz bardziej histerycznych przygotowań do egzaminu na uprawnienia zawodowe… Najpierw, jak to ja, marnowałam czas, potem płakać mi się chciało, że jest tego aż tyle… Świadomość z tyłu głowy, że moje doświadczenie jest równe zeru. Na miejscu byłam chyba jedynym pojedynczym człowiekiem, wszyscy pozostali byli parami, trójkami, czwórkami, z zakładów pracy itp. Połowa odpadła na etapie pisemnym. Pytania z prawa rozwiązałam bezbłędnie, natomiast te zawodowe doprowadziły mnie do depresji… Niewielką część wiedziałam, część wydedukowałam a część musiałam strzelać… Potem godziny czekania na ustny egzamin, który był już formalnością i tak, moi drodzy, mam uprawnienia kat. XIII! I jakie było pierwsze pytanie Małgosi, kiedy skończyłam relacjonować przebieg egzaminu? To jakie uprawnienia możesz robić dalej? Eeeeee co? Let me be, woman! Ale potem rozmawiałam chwilę z Ewą i powiedziała, że Małgosia tak ma – nigdy nie odpuszcza i zawsze podnosi poprzeczkę wyżej i wyżej.

Widziałam się też z Marcinem i Grzesiem – że niby ten ich biznes co to mnie do niego zapraszają, jak ja to widzę. Okazuje się, że niestety niczym mnie nie zaskoczyli i jest dokładnie tak, jak przypuszczałam po naszej rozmowie telefonicznej na początku roku – nie mają pojęcia za co się zabierają, jak wygląda rynek, oczekują błyskawicznego sukcesu i oczywiście chcą kombinować. Nie, dziękuję.

Kilkakrotnie mijałam samochodem panią Sz. Na przejściu dla pieszych przechodziła tuż przed moją maską. Nie muszę dodawać, że nie są to przyjemne spotkania dla mnie. Ona chyba ani razu mnie nie zauważyła, ale prędzej czy później gdzieś na siebie wpadniemy, trudno mi sobie wyobrazić jak miałoby się to odbyć. Ostatnio rozmawiałam z Tomkiem, zagadał do mnie, żeby się pochwalić że spotkał panią Sz. gdzieś w sklepie i pogadali. Powiedział że wspominała o mnie, nie udało mi się jednak wyciągnąć z niego dokładnego cytatu. No nic.

Któregoś razu, chyba po Dniu Nauczyciela, Beata przypadkiem pomogła mi zrozumieć o co chodzi z panią S. Z tym jej entuzjazmem tak wielkim, gdy mnie widzi w szkole, z tymi hasłami w smsach w stylu Nie przepraszaj, byłaś cudowna [kiedy chodziłam do szkoły i dział się cały ten absurd między nami] teraz jestem bardziej obiektywna, tymi opowieściami na lekcjach w szkole, jak to jestem jej ulubioną uczennicą ach-och… A potem nic. Cisza. Jakbym nie istniała. Oto moja teoria, która tak naprawdę jest rozwinięciem słów Beaty (to była naprawdę iluminacja dla mnie): jestem dla niej wspomnieniem z przeszłości. Przypominam jej czasy, kiedy było lepiej, kiedy była młodsza, kiedy dopiero zaczynała wszystko. Dlatego reaguje z taką radością – jestem częścią tamtych lat, odbijam ich blask, stąd ten cały entuzjazm. Myślę, że szczery entuzjazm. Sęk w tym, że jestem dla niej TYLKO częścią przeszłości. Tylko tam dla niej istnieje. Ona nie chce mnie w swojej teraźniejszości i prawdopodobnie nigdy nie będzie chciała. Nie jest to przyjemne, ale bardzo oczyszczające i układające pewne sprawy w mojej głowie, które pozostawały w mniejszym lub większym chaosie. I na tym bym poprzestała, gdybym pisała o tym wtedy, gdy to rozkminiłam, czyli gdzieś w październiku. Natomiast teraz jest styczeń, po drodze były moje urodziny i, drodzy państwo, udało jej się po raz kolejny zburzyć mój świeżo poukładany świat. Naprawdę, ta teoria była perfekcyjna, wszystko wyjaśniała, łącznie z tym, dlaczego ona sama nigdy nie wykonuje żadnego ruchu w moją stronę i sporadycznie tylko reaguje na jakieś zaczepki z mojej strony. I – cytując klasyka – cały misterny plan w pizdu. W moje urodziny dostałam takiego oto smsa: Sto lat kochana!!! Radości, miłości i błogosławieństwa. Eeeee wtf??? Dlaczego, dlaczego, dlaczego mi to robisz??? Tak oto spełniają się marzenia, które się miało 10 lat wcześniej. I walą cię obuchem w łeb. Życzenia urodzinowe od pani S. Jeb cię w miękkie. Oto i jest interakcja wywołana przez nią. Niewytłumaczalna. Nigdy wcześniej nie zrobiła czegoś takiego. Wciąż trzymam się tej mojej teorii, tylko teraz trochę rozchodzi się w szwach. Znowu nie wiem na czym stoję.

Na początku listopada Basia organizowała warsztaty geologiczne dla dzieci u siebie, w Strzybniku i prosiła, żebym poprowadziła je razem z nią. Bardzo się denerwowałam, pojechałam tam sama moim radosnym, żółtym autkiem (podróż mniej mnie stresowała niż warsztaty – taki level stresu), okazało się to jednak być bardzo przyjemnym doświadczeniem.

Na fali remontu, który tata zaczął robić w naszym pokoju po wyjeździe Adama wywiozłam do siebie ostatnie pudła z domu. Kiedy już zdałam uprawnienia, postanowiłam zrobić w nich trochę porządku, w efekcie udało mi się jedno z nich opróżnić i zmieściły się do niego rzeczy mojej babci (które od jej śmierci trzymałam w kartonie) i zawartość reklamówki mojej mamy, w której trzymała swoje listy i różne pamiątki i której pod żadnym pozorem nie wolno nam było dotykać.

Byłyśmy razem z Anią na pielgrzymce w Piekarach. Gdy się okazało latem, że nie pójdę do Piekar ze względu na nasze wakacje, Ania powiedziała, że pójdziemy razem po powrocie. Udało nam się umówić dzień po jej urodzinach. Początek dość dramatyczny, bo szukałyśmy kluczy do Ani służbowego auta, ale wszystko skończyło się dobrze, wyruszyłyśmy z opóźnieniem, ale ostatecznie zaszłyśmy tam i z powrotem.

Dużo Ani w moim życiu w tych ostatnich miesiącach, nawet jak nie ma czasu, to zdarzają się nam jakieś małe spontany, albo spotkania na godzinkę na herbatę, które kończą się z reguły tym, że wyjeżdżam z Zabrza o 23:30 i już mi się chce płakać na samą myśl o wstawaniu do roboty… po czym następnym razem jest dokładnie tak samo.:P

Był ślub. Przed nim i po nim trzy straszne kłótnie z tatą. Po jednej z nich pojechałam do Gliwic do Ewy. Dobrze że moim autem nie da się jechać więcej niż 120 km/h, bo najpewniej zabiłabym się po drodze. Dobrze że do Gliwic jest 20 km, więc gdy dojechałam (niecałe 20 min w godzinach szczytu…) to już nie po to, żeby się wypłakać, ale wygadać.

Przed ślubem wybierałam z tatą muzykę. Stroiłam z Weroniką salę i wybierałam piosenkę na pierwszy taniec. Byłam świadkiem. Choć tak naprawdę oni mnie na ten ślub nie zaprosili. Miałam iść sama, ale potem stwierdziłam, że skoro mogę kogoś wziąć to wezmę Beatę. Wydawało mi się, że ten pomysł nie ma słabych stron. B. zna moją rodzinę, więc nie będzie się czuła zagubiona. Tyle razy już razem tańczyłyśmy, że żadnej z nas to nie wzrusza. Tak mało miałyśmy ostatnio okazji do pobycia i pogadania razem, bez dziecka albo Sebastiana w tle. I do napicia się razem. No i jeśli się rozpadnę emocjonalnie, to Beata poskleja mnie do kupy i w ogóle będzie czuwać. Rzadko się to zdarza, ale okazało się że to naprawdę był plan bez wad. Mówię to wbrew sobie trochę, ale nie licząc ceremonii i tego niezbyt wesołego dla mnie pierwszego tańca, to naprawdę dobrze spędziłam ten czas. Miałam taki plan, że pozbieramy się z Beatą około północy, po co dłużej siedzieć, tymczasem wyszłyśmy ostatnie. Ostatnie. Po nas został tylko tata z Zosią. Jadłyśmy i piłyśmy niewiele, bo nie było na to czasu pomiędzy gadaniem i tańczeniem. Czułam się przy niej spokojnie i bezpiecznie i jestem przekonana, że tego wieczoru to Beata była kluczem do mojego sukcesu pt. Dobra córka, która dobrze bawi się na ślubie swojego taty. 

Ada przyjechała do mnie na moje urodziny. Później dołączył też Mariusz. Dostałam przepiękną chustę, ogromną, miękką, ciepłą, niebieską! (Od babci mam szaro-srebrną czapkę, ja kupiłam granatowe rękawiczki, zestaw jest idealny.) To też był dobry wieczór. Bezpieczny i wyczekany, po tygodniu pełnym emocjonalnych turbulencji.

Grudzień.

Pamiętam opłatek wspólnotowy, po którym przez tydzień jadłam uszka, bo żal mi ich było wyrzucić.:P

Spotkanie w domu kultury z panią dyrektor, planujemy warsztaty na kwiecień.

Wizyta M. u Ady. Widziałyśmy się w piątek i – niespodziewanie – także w niedzielę. To było trudne, emocjonalnie wymagające. Trochę nie wiedziałam czego się spodziewać, nie widziałyśmy się tyle czasu, nie rozmawiałyśmy przez znaczną część roku, ale to jakby nie miało udziału w tym czasie. Trochę tak, jakbym była u nich na Sylwestrze, a potem bum! i jesteśmy u mamy. Ale atmosfera była napięta i ośmielę się powiedzieć, że chyba dla wszystkich trudna. Nie przestaje mnie to dziwić, że można się kochać, czekać na siebie, a potem nie zawsze jest tak, jak by się chciało, żeby było.

M. wyglądała ślicznie. Jak zwykle. Wiem, że ona uważa inaczej, ma zresztą do tego pełne prawo i podstawy, ale uważam, że nie widać fizycznie po niej choroby. Natomiast nie czuła się dobrze w niedzielę i to jest zupełnie inny świat. To przeraża i odbiera chęć do wszystkiego, bo nic nie można zrobić, żeby pomóc. To tak bardzo nie do pojęcia, że siedzi obok młoda, śliczna dziewczyna, która pozornie jest zdrowa i umiera z bólu. I nie jest to ból zęba, migrena, ciężki okres, ani nawet combo wszystkich trzech, bo to z reguły już jest dla nas umieranie z bólu. Skala cierpienia obezwładniająca. Cudu nam trzeba. Cudu.

Święta były i minęły i to najlepsza rzecz, jaką mogę o nich powiedzieć. Były pozbawione emocji. Jakichkolwiek. Kiedy ktoś mnie pytał, jak tam Święta, miałam ochotę odpowiedzieć, że nie ma o czym mówić. I to najlepiej odzwierciedla to co się działo. Naprawdę nie ma o czym mówić.

Sylwester zaplanowany z Anią i jej kolegą Jarem. Niestety po Świętach rozchorował się ciężko koń Karino. Zapytałam Ani czy w związku z tym nie wolałabym odwołać imprezy, bo rano latała do pracy, do domu wyprowadzić psa i potem do późnej nocy siedziała w stajni… Nawet gdyby z koniem było w porządku, to mogłaby chcieć po prostu odespać, zamiast chlać do rana. Stwierdziła, że nie, ale potem przyszło pogorszenie i napisała że odwołuje jednak Sylwestra, bo muszą zawieźć konia do Wrocławia. Na szczęście sytuacja się ustabilizowała na tyle, że udało nam się jednak spotkać w Sylwestra, we dwie i chyba obie byłyśmy zadowolone. Spokojny wieczór, tortille, sałatka, chipsy, czekolada, coca-cola i wino-wino-wino. I szampan o północy i piękne fajerwerki z siódmego piętra oglądane. Położyłyśmy się spać o 5 rano. Wypiłyśmy 3 butelki wina i szampana. Nowy Rok był naprawdę, naprawdę strasznym dniem.:P

RGRC #16 Klub Radości i Szczęścia

Zanim przejdę do meritum wypadałoby nadmienić, że idzie mi to czytanie żałośnie wolno. Deadline = 10 lat? Haha, nie zdążę w 20.

Do rzeczy.

Ciekawa książka. Napisana w sposób, którego nie lubię, tzn. nie ma liniowej fabuły. Poznajemy historie czterech kobiet – Chinek, które – każda po osobistym dramacie – wyemigrowały do Stanów Zjednoczonych oraz ich czterech córek. Dodatkowo śledzenie fabuły i tego jak się ze sobą sklejają poszczególne elementy utrudniało mi to, że te chińskie imiona/nazwiska zupełnie nie zostają mi w głowie i identyfikacja osoby, o której akurat czytam, z wcześniej przedstawionymi wątkami, zabierała mi trochę czasu. Zdarzało się oczywiście, że coś sobie pokręciłam i dopiero w trakcie okazywało się, że łączyłam czytaną historię z kimś zupełnie innym. Tak więc trochę problem. Ale taki mój, inni na pewno są w stanie poradzić sobie z tym bardziej. Zresztą rozumiem, że taki sposób przedstawiania historii dodaje książce wartości, zmienia dynamikę, wymusza większą uwagę pozwala uwypuklić podobieństwa i różnice pomiędzy historiami tych osób, choć dla mnie trudno uchwytne ze względu na te w ogóle nie przyklejające mi się do mózgi chińskie nazwiska. Czytając Wyznania gejszy nie miałam takich problemów, więc chyba pora pogodzić się z postępującą degeneracją. Z drugiej strony, tam była normalnie rozwijająca się fabuła. I głównie imiona. Więc może to kwestia za mało dla mnie plastycznego przedstawienia postaci? Sama nie wiem.

Trochę trudne do czytania, bo to o relacji matek i córek. Córki wyrastają już w nowym kraju i to Amerykę traktują jako ojczyznę, wypierając się mniej lub bardziej chińskiego dziedzictwa i kultury. Traktują też matki mniej lub bardziej protekcjonalnie, takie zacofane starsze panie, tkwiące uparcie w kulturze, światopoglądzie i języku chińskim, których nijak nie da się dopasować do amerykańskiego stylu życia. Oczywiście okazuje się, że matki są jakie są nie bez powodu. I że to bardzo mądre kobiety.

Dobre doświadczenie ze względu na opis tradycji chińskich, ale także problemów rodzin emigrantów i ich dzieci dorastających tak naprawdę w dwóch światach.

Historie córek są dość typowe dla współczesnych czasów. Historie matek – to trochę cięższy kaliber, chwilami łamało mi się serce.

Na liście jest jeszcze jedna książka Amy Tan, z chęcią przeczytam.

A dzisiaj…

…mówię do siebie: nie myśl. Jest tyle kobiet, które nie myślą i jakoś im idzie…

Niestety nie mogę cały dzień robić porządku w szafie.

Dam radę. To tylko kilka godzin. Wyłączę mózg, domyślny wyraz twarzy: uśmiech i byle do północy…

(Najgorsze w tym wszystkim jest to, że ja naprawdę nie życzę im źle i cieszę się, że biorą ślub. Nie umiem tylko cieszyć się cała…)

(K)rok za (k)rokiem

I feel the shame
but I’ll never know the reason why
the rug was pulled so gently from under my feet
I only know that something good has died
between you and me, oh it’s just a memory

You never see it coming
You just go separate ways
on silent wings, silent wings
There’s no more promises to break
oh our love has slipped away
silent wings

You never see it coming
but you know it has to end
0n silent wings, silent wings
I will never be the same again
I feel the whisper of the wind
silent wings…